czwartek, 01 września 2011
Nieznośne Gran Derbi.
Tegoroczne Gran Derbi numer 5 i 6 były właściwie powtórką z rozrywki – Barça znów ograła rywali, a Real pokazał, że wciąż nie nauczył się przegrywać z klasą i honorem. Podobnie jak na wiosnę nie brakowało wirtuozerii na boisku, jak i walki poza nim. Więcej mówiło się znów o José Mourinho i napiętych stosunkach madrycko-barcelońskich, niż o samym dwumeczu.
sobota, 04 czerwca 2011
Barcelońscy mistrzowie.
Zgodnie z przewidywaniami Barcelona sięgnęła po swój trzeci na przestrzeni ostatnich pięciu lat Puchar Europy. Drugim z rzędu przeciętnym występem w finale Ligi Mistrzów Manchester United udowodnił, że sama determinacja, wysokie morale i zgrany zespół to często za mało, aby sięgać po najwyższe trofea. Potwierdziła się też teoria, że finałem w tym roku były tak naprawdę półfinałowe Gran Derbi.
sobota, 28 maja 2011
Finał Ligi Mistrzów.
Niebywałe, że raptem po dwóch latach znów dochodzi do pojedynku Manchesteru z Barceloną na samym szczycie piłkarskich rozgrywek klubowych. Ten fakt jako jeden z wielu potwierdza tezę o sporej dominacji tych dwóch klubów na przestrzeni minionych lat. Barcelona w tym sezonie zagrała czwarty raz z rzędu w półfinale Ligi Mistrzów, a jutrzejszy finał będzie dla Katalończyków trzecim w ostatnich sześciu latach. Z kolei Manchester United meldował się w finale trzykrotnie w ostatnich czterech. Statystyki nie kłamią i nikt nie powinien być zawiedziony obsadą nadchodzącego spektaklu. Ale czy da się przewidzieć zwycięzcę jutrzejszego pojedynku?
piątek, 29 kwietnia 2011
Gran Derbi 3/4: Zwycięstwo Barcelony w cieniu porażki Mourinho.
¿Qué culpa tienen el Real Madrid y el entrenador en la derrota del miércoles?
Mourinho: Cero culpa.
piątek, 08 kwietnia 2011
Ćwierćfinały Ligi Mistrzów czas... zakończyć.
Trochę prognostyków i przemyśleń po pierwszych meczach ćwierćfinałowych piłkarskiej Ligi Mistrzów.
poniedziałek, 17 stycznia 2011
The best of 2010 - podusmowanie roku w muzyce.
Gdy nie oglądam meczów, słucham muzyki. Oto moje ulubione wydawnictwa płytowe z zeszłego roku.
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Rzeźnia numer pięć.
Minął już prawie miesiąc, a ja wciąż nie mogę ochłonąć z nadmiaru emocji, których dostarczyło mi niesamowite zwycięstwo Barcelony nad Realem Madryt. Media huczały przed spotkaniem, że oto już mamy przed sobą nową wersję Galácticos, zespół kompletny, o nienaruszalnym trzonie, z ustabilizowaną formą i iście królewską pewnością siebie. Faktycznie, bardzo łatwo można było popaść w błędne przekonanie, że Real jest w stanie przyjechać do Barcelony i jeszcze ten mecz wygrać. Po czterech z rzędu porażkach w Gran Derbi Królewscy mieli wejść w to spotkanie z impetem drużyny liderującej w lidze, która do momentu tego spotkania straciła zaledwie 6 bramek. W końcu też Real znalazł sobie godnego przywódcę – nieokiełznanego Mourinho, rzekomo najlepszego trenera na ziemi, butnego i kipiącego charyzmą taktycznego geniusza, który podobno potrafi zamienić w złoto wszystko co z piłką związane. Ba, aura sukcesu jaką skutecznie roztoczył wokół siebie Portugalczyk mogłaby sugerować, że ów jegomość nigdy nie zaznał smaku porażki. Nie dziwota więc, że morale w Madrycie od długiego czasu nie były tak wysokie. Pewien jestem jednak, że nawet najbardziej zagorzali culés przecierali oczy ze zdumienia po końcowym gwizdku. 5-0! Kto by przypuszczał, że Barcelona jest w stanie zbliżyć się do perfekcji bardziej niż podczas pamiętnego 2-6 na Bernabéu. Wiele z moich osobistych prognoz przedmeczowych sprawdziło się co do joty, ale nie przypuszczałem, że napuszona armia Mourinho okaże się tylko nieuporządkowaną zbieraniną wyciętych z tektury statystów, niegodnych rywalizować z majestatyczną tego wieczoru Barceloną. Nieustanne wynoszenie Katalończyków na piedestał stało się ciężkostrawne dla wielu kibiców niesympatyzujących z klubem, ale nikt nie przekona mnie, że po takim meczu nie zasłużyli, by nagrodzić ich lawiną jeszcze bardziej wyszukanych superlatyw i epitetów. Manita jest w tym wypadku tylko wisienką na torcie – to styl w jakim Barcelona rozbiła Królewskich zasługuje na największe uznanie.
niedziela, 28 listopada 2010
FC Barcelona 58,25:55,50 Real Madryt, cz. 2
cz. 1 wpisu, blox twierdzi, że za długi.
David Villa (5,0) - (5,0) Gonzalo Higuaín
Widać, że David Villa wciąż jest na etapie wkomponowywania się w zespół Dumy Katalonii - mimo swoich 8 bramek i 6 asyst. Jego aklimatyzację spowalnia pewnie konieczność gry bliżej linii bocznej boiska, czego wymaga od niego Guardiola. Mimo to potrafi on ciężko pracować dla dobra zespołu, ściągając na siebie obrońców czy wychodząc zwinnie na wolną pozycję. Ruchliwy Villa daje zespołowi o wiele więcej niż statyczna gra Zlatana Imbrahimovica, który nie sprostał wymaganiom stawianym mu w Barcelonie. Hiszpan może nie trafia jeszcze tak często, jak robił to na Mistrzostwach, ale przy takich snajperskich możliwościach i niepodważalnej kompatybilności z system gry Barcelony można wierzyć, że będzie to robił coraz częściej. Pytaniem jest, czy nie uprzykrzy mu się ciągła gra na skrzydle. Komfort gry na szpicy ma za to Higuaín, który jednak również obniżył ostatnio loty. W sumie obaj piłkarze prezentują bardzo zbliżony poziom i o ich grze często decyduje ta niezwykle potrzebna każdemu napastnikowi odrobina szczęścia. W przypadku Higuaína bardzo rzuca się to w oczy już od dłuższego czasu i gdy można się kłócić, czy Ronaldo rzeczywiście gra słabiej w meczach o wyższą stawkę, tak nie ma wątpliwości, że te spotkania zupełnie Argentyńczykowi nie wychodzą. Gdyby nie ten fakt, byłby on z pewnością uznawany za jednego z najlepszych napastników świata. Tak samo jak niepozorny Villa dla Realu tak i Higuaín będzie na pewno zagrożeniem dla defensywy Barcelony, jednak to o jego skuteczność bardziej bym się martwił. Biorąc pod uwagę potencjał i obecną formę zawodników trudno postawić im różne oceny, stąd obaj mają u mnie na tę chwilę 5,0. Nie zmienia to jednak faktu, że obaj gracze spokojnie mogą wznieść się w poniedziałek na o wiele wyższy poziom i hattrick każdego z nich nie powinien nikogo zdziwić.
PROGNOZA
Zwycięstwo Barcelony dwiema bramkami (3-1). Zakładam, że Mourinho będzie w poniedziałek na tyle pewny swego, że nie zagra od początku na remis i nie postawi autobusu w swoim polu karnym dopóki Real nie strzeli gola, a wierzę, że nie zrobi tego przed Barceloną. Barça, mająca komfort własnego boiska i niesiona odpingiem kibiców, powinna przejąć inicjatywę, co sfrustruje Real i sprawi, że zaczną popełniać błędy w defensywie. O zwycięstwie w tym spotkaniu zadecyduje przede wszystkim gra drugiej linii - jeśli Xavi i Iniesta zagrają na swoim poziomie to nie powinni mieć żadnych problemów z przyćmieniem Khediry i Alonso. Barcelona musi jednak uważać na zabójcze kontry Realu i dusić każdą ich akcję już w zarodku, nie dopuszczając do możliwości prostopadłych podań do szybkich napastników Królewskich. Real, chcą wrócic z Katalonii z trzema punktami, powinien wyjść z linią obrony ustawioną wyżej niż zwykle, co z pewnością zmusi do błędów pomocników Barcelony. Muszą jednocześnie odciąć napastników od podań Xaviego i Iniesty, co przy nieustannej wymienności pozycji Messiego, Pedro i Villi będzie wymagało dużego wsparcia ze strony defensywnych pomocników. Rozgrywanie piłki może wtedy spaść na Özila i Ronaldo. Jeżeli Portugalczykowi nie wyjdzie jakiś niesamowity strzał z dystansu, a fauli, błędów w kryciu i niepotrzebnych strat ustrzegą się obrońcy Barçy i Busquets, to spotkanie powinno zakończyć się zwycięstwem Katalończyków. Przebieg meczu może też zmienić jakaś czerwona kartka (tudzież rzut karny), co przy tej klasie drużyn będzie z pewnością miało niebagatelne znaczenie. Każdy ze zespołów musi też uważać by nie zgubiła ich nadmierna pewność siebie. Myślę, że Camp Nou okaże się jutro sporym atutem Barcelony.
¡Força Barça!
FC Barcelona 58,25:55,50 Real Madryt
Zainspirowany najnowszym wpisem na blogu Dariusza Wołowskiego postanowiłem również pokusić się o porównanie piłkarzy Barcelony i Realu na dzień przed zbliżającymi się Gran Derbi. Oto moje spostrzeżenia (skala ocen 1-6):
BRAMKA Víctor Valdés (5,5) - (6,0) Iker Casillas
Iker Casillas jest prawdopodobnie najlepszym bramkarzem na świecie. Nawet jeśli miałbym wziąć pod uwagę jego (sporadyczne) wpadki w minionych dwóch sezonach to i tak trzeba mu oddać, że w najważniejszych meczach nie zawodzi i że wciąż przebija Victora refleksem i spokojem na linii. Valdés poczynił olbrzymie postępy w ostatniach latach - ustabilizowal formę i poprawił się w każdym aspekcie bramkarskiego rzemiosła. Wydaje mi się, że lepiej spisuje się na przedpolu i w sytuacjach sam na sam niż obecny numer 1 reprezentacji Hiszpanii. Osobiście na pewno dałbym Valdesowi miejsce w pierwszej piątce najlepszych bramkarzy na świecie.
OBRONA Dani Alves (5,75) - (5,5) Sergio Ramos
Ciężki orzech do zgryzienia. Alves dominuje nad Ramosem swoją szybkością, wytrzymałością i kondycją. Pracuje na boisku za dwóch - potrafi być prawym skrzydłowym i prawym obrońcą jednocześnie. Można się kłócić, że nie jest najlepszym prawym defensorem na świecie. Jednak na świecie jest tylko kilku, którzy mogą się z nim równać - Lahm, Maicon i... Sergio Ramos. Hiszpan góruje nad Alvesem techniką i dokładnością zagrań w ofensywie, jednak ostatnimi czasy Ramos rzadko zapędza pod pole karne rywala. Jeśli chodzi o poczynania w defensywie to postawiłbym na remis z lekkim wskazaniem na Ramosa, który w końcu równie dobrze radzi sobie na środku obrony. Ogółem więcej zespołowi daje Brazylijczyk, stąd też nieznacznie wyższa ocena. Co ciekawe obaj są niesamowicie zaciekli i nie boją się ostrych starć, dlatego o zwycięstwie w Gran Derbi może zadecydować fakt, któremu z tych piłakrzy uda się zachować więcej spokoju i zimnej krwi.
Carles Puyol (5,5) - (5,0) Ricardo Carvalho
Puyol jest wg mnie zdecydowanie lepszym obrońcą od Carvalho. Mimo, że Carvalho wydaje się być zawodnikiem bardziej rozważnym i ostrożniejszym to Puyol bije Portugalczyka na głowę swoją walecznością, zwinnością i sercem do gry. Carvalho jest bardzo dobry i miałby pierwsze miejsce w składzie chyba w każdej drużynie na świecie - poza Barceloną. Puyol to absolutnie ścisła światowa czołówka jeśli chodzi o środek defensywy. Imponuje formą od lat czego nie można powiedzieć o Carvalho - jest solidny, ale wydaje mi się, że łatwiej zmusić go do błędów, co było widać w ostatnim meczu Blancos z Athletic Bilbao.
Gerard Piqué (5,0) - (5,0) Pepe
Uważam, że Gerard Piqué ma potencjał by stać się najlepszym obrońcą na świecie - dysponuje nadprzeciętną techniką i szybkością, jest niesamowicie zwrotny przy swoim wzroście i mimo stosunkowo młodego wieku imponuje doświadczeniem, spokojem a także umiejętnością wyprowadzenia piłki spod swojego pola karnego. Ostatnio zanotował jednak nieznaczną obniżkę formy i zaczął częściej faulować i łapać żółte kartki, co w meczu na szczycie może mieć kluczowe znaczenie. Pepe z kolei jest obrońcą dość nieobliczalnym i tak naprawdę nie wiadomo czego można się po nim spodziewać, biorąc pod uwagę fakt, że defensywa Królewskich rzadko miała okazję wykazać się w tym sezonie. Pewien jestem jednak, że Pepe jest obrońcą niedocenianym - pamiętam, że w wielu meczach poprzedniego sezonu był prawdziwą ostoją defensywy Królewskich i rzadko popełnial błędy. Gdy potrafi utrzymać nerwy na wodzy jest lepszy od Carvalho.
Éric Abidal (4,0) - (4,5) Marcelo
Abidal to najsłabsze ogniwo katalońskiej defensywy - Francuz przeplata świetne spotkania z meczami dość przeciętnymi. Na jego korzyść przemawia doświadczenie, rozwaga i opanowanie, brakuje mu z kolei szybkości i stabilnej formy. Abidal pokazał nie raz, że potrafi zachować się pod polem karnym przeciwnika, dokładnie dośrodkowując czy też posyłając prostopadłe podanie wprost pod nogi napastnika. Zważywszy jednak na ofensywne inklinacje Alvesa, Abidal musi przede wszystkim zabezpieczać tyły. Francuz osiągnął już raczej maksimum swoje potencjału czego nie można powiedzieć o Marcelo. Brazylijczyk z sezonu na sezon prezentuje się coraz lepiej - lewa strona obrony Realu nie wyglądała tak dobrze od czasów Roberto Carlosa. Gra Marcelo może sie podobać - jest ruchliwy, zwrotny, świetnie wyszkolony technicznie i lubi wdawać się w pojedynki jeden na jeden, które najczęściej wygrywa. Na boisku zachowuje się właściwie jak pomocnik - często schodzi do środka i zamienia się w rozgrywającego. Cały czas jest bierze aktywny udział w budowaniu ataku i tak naprawdę rzadko widać go przy swoim polu karnym. Dlatego też bardzo jestem ciekaw jak Brazylijczyk zaprezentuje się w poniedziałek bo na pewno będzie zmuszony przystopować trochę ze swoimi wypadami do ataku. W końcu nie lada zadanie przed nim - Messi z pewnością sprawdzi czy Marcelo poprawił również swoją grę obronną, która rzekomo wciąż nie jest jego mocną stroną.
POMOC Sergio Busquets (4,5) - (4,0) Sami Khedira
Tu już będzie coraz trudniej o porównania, bo jednak ustawienie obu zespołów w pomocy nieco się różni. Ale spróbuję: Busquets najczęściej doskonale wywiązuje się ze swoich zadań na boisku, które polegają głównie na odbiorze piłki i asekuracji linii defensywnej. Mimo 189 cm wzrostu nie jest rewelacyjny w grze w powietrzu, ale nadrabia te braki techniką, gibkością, umiejętnością gry na niedużej przestrzeni i dokładnością krótkich podań. Jego klubowi partnerzy z linii pomocy cechują się dużym spokojem i opanowaniem przy pressingu rywala co jest również zaletą Sergio - potrafi wybrnąć z opałów umiejętnym zastawianiem się czy też przemyślanym podaniem. Widać, że potencjał ma olbrzymi i jeżeli popracuje nad skupieniem, odwagą i odbiorem piłki oraz wyreguluje formę to z pewnością będzie się o nim mówiło jako o jednym z najlepszych defensywnych pomocników. Khedira, który również mierzy 189 cm i jest tylko rok starszy od Hiszpana, w Realu pełni podobną rolę co Busquets. Ustawiony jest jednak nieco wyżej. Przyznam szczerze, że nie widziałem zbyt wielu meczów Khediry w tym sezonie, ale jeśli dobrze zapamiętałem go z ostatniego mundialu to wydaje mi się, że nie wyróżnia się on niczym konkretnym poza przyzwoitą techniką, solidnością, konsekwencją i dobrą budową ciała - ot piłkarz od czarnej roboty wpasowujący się idealnie w stereotyp niemieckiej dyscypliny. Uważam, że ma mniejszy potencjał od Sergio i prorokuję, że nie będzie mógł zaliczyć poniedziałkowego meczu do udanych. Wracając jeszcze do gracza Barcelony - nie zdziwię się, jeśli Busquets rozpocznie Gran Derbi na ławce, bo wysoką formę prezentuje ostatnio Javier Mascherano, który wnosi do gry Barcelony wszystko to, czego brakuje Sergio - agresję, odwagę, zdecydowanie i doskonałe długie podanie. Znając jednak Guardiolę postawi on na Busquetsa, który z pewnością lepiej zna system gry Barcelony.
Xavi Hernández (6,0) - (5,0) Xabi Alonso
Tutaj nikt nie powinien mieć żadnych wątpliwości. Xavi jest najlepszym rozgrywającym na świecie i właściwie na tym mogę skończę, bo każdy koneser piłki nożnej bardzo dobrze zna jego zalety. Xabi Alonso niesmowicie wzmocnił drugą linię Królewskich, choć od jego dobrej gry zespół uzależniony jest chyba nieco mniej niż Barça od występów Xaviego. Bask jest piłkarzem usposobionym bardziej defensywnie, jednak nie można zapominać, że to również niezywkle kreatywny gracz, który kontroluje tempo gry i dodaje dużo spokoju do ofensywnych poczynań madryckich indywidualności. Z pewnością przegrywa jednak bezpośredni pojedynek z Xavim - mimo lepszego odbioru piłki nie jest piłkarzem tak wybitnym jak Katalończyk i zdecydowanie częściej zdarzają mu się słabsze występy.
Andrés Iniesta (6,0) - (5,0) Mesut Özil
Sporo łączy tych dwóch ofensywnych pomocników - obaj mają świetne wyszkolenie technicznie, posiadają doskonaly drybling i mistrzowsko potrafią otworzyć drogę do bramki kolegom z drużyny. Dzięki swojej niesamowitej ruchliwości i zwinności są w stanie wyjść spod pressingu nawet dwóch rywali. Na korzyść Iniesty przemawia jednak doświadczenie - mimo 26 lat zdobył już wszystko, co było do zdobycia w piłce. Ponadto, w przeciweństwie do młodszego o 4 lata Niemca, doskonale zna atmosferę meczów z odwiecznym rywalem i nie należy się obawiać, że w poniedziałkowy wieczór wyjdzie na boisko stremowany. Iniesta jest często piłkarzem, który potrafi pociągnąć zespół, gdy gra nie idziem takim tuzom jak Xavi czy Messi. Doskonale spisuje się w meczach o najwyższą stawkę i nie w takich spotkaniach gole już strzelał;) Özil zadziwił kibiców swoją grą na Mistrzostwach i po transferze do Realu nie przestał imponować - w szczególności dokładnością podań i dojrzałym prowadzeniem gry. Wróżę mu świetlaną karierę, jednak na porównania z Iniestą jest jeszcze za wcześnie - miewał już mecze w tym sezonie kiedy był kompletnie niewidoczny i z pewnością łatwiej będzie go wyłączyć z gry niż Andresa Iniestę. Czy jest fizycznie i mentalnie przygotowany na regularne 90 min gry na najwyższym poziomie przekonamy się po tym sezonie - Gran Derbi będą jednym z pierwszych olbrzymich sprawdzianów dla Niemca. Sprawdzianów, które wielokrotnie wzorowo zdawał już Andrés.
ATAK Pedro Rodríguez (4,0) - (4,5) Ángel di María
Po rewelacyjnym poprzednim sezonie spodziewano się, że Pedro dalej będzie raczył fanów wysoką skutecznością i polotem w grze. Początek sezonu nie był jednak zbyt udany dla Hiszpana - w wielu spotkaniach wypadał blado w porównaniu do kolegów z ataku i nie siał już takiego spustoszenia na skrzydłach jak to zwykł czynić przed Mundialem. Stąd też ciężko na tę chwilę realnie ocenić jego potencjał - niewątpliwie jest to piłkarz na miarę Barcelony, ale czy nie pokazał już przypadkiem swoich maksymalnych możliwości? Tak czy inaczej Pedro wnosi do gry Barcelony dynamikę, szybkość i altruizm. Posiada ponadto sporą jak na skrzydłowego umiejętność wykorzystywania sytuacji bramkowych. Ostatni sezon pokazał też, że Pedro nieźle poradził sobie z presją gry w tak wielkim zespole i ma już nawet na koncie bramkę w El Clásico. Nie można tego samego powiedzieć o byłym zawodniku Benficy, który dopiero rozpoczął swoją karierę na skrzydle Realu Madryt. Kibice zespołu zachwycają się ostatnio di Maríą i twierdzą, że to najlepszy letni transfer Mourinho. Jest w tym sporo prawdy - Ángel należy raczej do piłkarskich chudzielców, jednak drybling, którym dysponuje, jest z najwyższej półki. Posiada wyjątkowy ciąg na bramkę i choć nie lubi rozstawać się z piłką, to jednak najcześciej jego akcje wychodzą Realowi na korzyść - trudno zatrzymać go nie uciekając się do faulu. Na tę chwilę prezentuje się lepiej od Pedro, ale tak jak w przypadku Özila nie jest to jeszcze piłkarz zaznajomiony ze specyfiką meczów Barcelona - Real. Momentami sprawia wrażenie gracza niedojrzałego, naiwnie wierzącego w wieczną skuteczność swoich dryblingów. Z tego względu łatwiej będzie zachwiać morale Argentyńczyka, a o to nie trudno podczas meczu o takim prestiżu i gdy ma się do przejścia niezmordowanego Daniego Alvesa.
Lionel Messi (6,0) - (6,0) Cristiano Ronaldo
Aż kusi w tym wypadku wyjść poza skalę i przyznać obu zawodnikom ocenę wyższą od 6, bo to, co ci dwaj piłkarze pokazują na boisku nieraz wprawia w osłupienie. Porównanie tych zawodników to tak naprawdę temat na osobny wpis - to piłkarscy geniusze, choć tak od siebie różni. Obaj ucieleśniają filozofie swoich zespołów. Obawiam się, że szczególnie w tym przypadku nie będę w stanie ukryć moich sympatii, jednak postaram się pozostać wierny ocenom, które przyznałem obu zawodnikom. Ronaldo to atleta, który wściekle pędzi na bramkę rywala aby upokorzyć przeciwnika i najlepiej jeszcze zagrnąć cały splendor dla siebie. Dysponuje on potężnym uderzeniem i wyśmienitą szybkością, jednak cierpi na przerost ambicji oraz ego i często traci cierpliwość na boisku, co objawia się nadmierną ilością dryblingów, rozpaczliwymi strzałami z dystansu czy nawet bezczelnymi próbami wymuszenia faulu. Jednak gdy zespół jest na fali to Portugalczyk rządzi i dzieli na boisku, stając się bezlitosnym egzekutorem drużyny. Efektywność i determinacja Ronaldo porażają, ale nie jest on typem lidera, który dźwiga ciężar gry w sytuacjach kryzysowych i ma skłonności do bycia mocno nieskutecznym w ważnych meczach, w czym pewnie upatrują swoją szansę piłkarze Barcelony. To dopiero drugi sezon Ronaldo w królewskich szatach i mimo olbrzymiej ilości strzelonych goli wciąż ma sporo do udowodnienia - w poprzednim sezonie zawiódł i w Lidze Mistrzów i w obu konfrontacjach z Barceloną. Trochę inaczej jest z Leo Messim, choć i jemu zdarzały się mecze, w których nie błyszczał, a szczególnie oczekiwano, że będzie. Jest on jednak piłkarzem pokornym i cierpliwym, rzadko się frustruje i trudno go wyprowadzić z równowagi. Jest równie szybki jak Ronaldo, ale drybluje jeszcze lepiej, co często zakrawa wręcz na jakąś magiczną wirtuozerię. Z prawego pomocnika Messi stał się głównym napastnikiem zespołu i nie trzyma się na boisku jednej pozycji, szukając nieustannie jakichkolwiek luk w szeregach obronnych przeciwnika. Z przyjemnością dałbym Messiemu ocenę wyższą niż Ronaldo i jestem przekonany, że najbliższe sezony jasną pokażą, że to on jest najlepszym piłkarzem na świecie. Jeśli jednak mam się trzymać skali, to muszę się również pochylić nad umiejętnościami Portugalczyka i przyznać mu ocenę równie wysoką, bo na taką zasługuje. Może się okazać, że w Gran Derbi defensorzy obu drużyn wyłączą z gry tych dwóch najlepszych zawodników, ale może być też tak, że to właśnie oni jedną indywidualną akcją rozstrzygną losy tego spotkania - ze wszystkich piłkarzy na boisku, Ronaldo i Messi mają ku temu największe predyspozycje. Stawiam jednak na lepszy występ Argentyńczyka i to nie tylko z powodu mojej miłości do Barcelony. Mimo, że Ronaldo jest piłkarzem bardziej kompletnym, lepiej grającym głową, posiadającym mocniejsze uderzenie i większą siłę fizyczną to nie zdołał on jeszcze strzelić gola Barcelonie - nawet reprezentując barwy Manchesteru United. Można założyć, że tym bardziej nie będzie miał on problemów ze znalezieniem motywacji by próbować to zmienić, jednak bez płynącego z trybun uwielbienia, przy którym rozkwitają talenty Portugalczyka, może się to nie udać. Messi ugodził już Real siedmiokrotnie i to z jego zagrań bije prawdziwy, niczym nieskalany geniusz oraz swoisty romantyzm i pogoda ducha, co zawszę będę faworyzował. Szóstkowy remis, bo obaj piłkarze są jednostkami wybitnymi, jednak Messi przewyższa Ronaldo pewnymi nienamacalnymi wartościami - między innymi mentalną dojrzałością. Widzę to trochę jak bajkową walkę dobra ze złem, którą, jak wiadomo, wygrywa zawsze jedna strona.
cz. 2 wpisu
sobota, 23 października 2010
Things that piss me off.
Los ostatnimi czasy wyjątkowo rozpieszczał mnie jako kibica. Trwało to tak długo, aż w końcu stałem się na tyle wybredny i rozpuszczony, że przestało mnie już cieszyć każde zwycięstwo i sam fakt kolejnych 3 punktów zdobytych przez moją ukochaną drużynę. Przyzwyczailem się w końcu do zwycięstw przewagą kilku bramek, tych rozstrzyganych już w pierwszej połowie, na kompletnym luzie, niezależnie od klasy rywala. Przywykłem do sytuacji, w której pierwszy gol oznaczał rychłe pojawienie sie kolejnych, upewniając mnie przy tym, że mecz jest już wygrany. A może to nie tak?
Gładkie 2-0.
Barcelona wygrała w środę swój mecz z Kopenhagą w stosunku 2-0, wskakując tym samym na pozycję lidera w grupie D. Guardiola stwierdził po spotkaniu, że jest bardziej zadowolony niż zwykle. Ja natomiast bardziej niż zwykle wierciłem się w fotelu, nie mogąc patrzeć na to, co działo się na boisku - szczególnie w trakcie drugiej połowy. Przeklinałem z częstotliwością nie mniejszą niż podczas meczu pierwszej kolejki ligi hiszpańskiej, choć Barça w 20 min. objęła prowadzenie, którego - jak się okazało - już nie oddała. Odniosłem wrażenie, że piłkarze Barcelony wyszli na drugą połowę jakby chcieli przekonać fanów, że wciąż są drużyną 6 trofeów i że pozostali wierni swojemu stylowi nieosiągalnemu dla każdego z rywali. Świetnie, tyle że przed dwoma sezonami 45 minut wystarczało na zaaplikowanie przeciwnikom co najmniej dwóch bramek. Tak komfortowa zaliczka rzeczywiście uprawniała do lekko nonszalanckiej gry czy do niespiesznego operowania piłką. Piłkarze sprawiali wrażenie ospałych i dość niechętnie angażowali się w akcje ofensywne. Wczoraj na drugą bramkę trzeba było czekać aż do 92 min. A gdyby w 67 min. na pustą bramkę trafił niezwykle aktywny tego wieczora Santin to scenariusz mógłby być podobny do tego z ostatniego meczu z Majorką - jestem gotów zaryzykować przypuszczenie, że piłkarze Barcelony by tego meczu nie wygrali. Straciliby za to sporo sił wrzucając nagle piąty bieg, starając się nerwowo sforsować zasieki rywali, dla których wynik 1-1 na Camp Nou byłby z pewnością rezultatem nie do pogardzenia. A nic nie boli bardziej niż porażka czy nawet remis w meczu z ekipą ewidentnie słabszą, w którym wygrana była na wyciągniecie ręki, a punkty straciło się tylko na własne życzenie.
Wynik meczu z Majorką jak i przebieg spotkania z Kopenhagą można uznać za swego rodzaju ostrzeżenie dla pilkarzy Guardioli - w końcu sezon zaledwie się rozpoczął, piłkarze jeszcze w miarę niepoobijani, stres związany z ostatecznymi rozstrzygnięciami wciąż nieduży, a presję ze strony kibiców dopiero da się odczuć. Boję się, że Barcelonie nie uda się wyciągnąć wniosków z tych sytuacji, a "mecze ostrzegawcze" skumulują się i przerodzą w niweczące sezonowe plany klęski. Zastanawiam się na ile ostatnie występy Barcy to tylko nauczki na przyszłość, a na ile zwiastun obecnych możliwości drużyny.
Skuteczność i jej brak.
Najbardziej w oczy rzuca się oczywiście kulejąca od paru spotkań skuteczność - dawno Barcelona nie marnowała tylu sytuacji pod bramką przeciwnika. Było to widać również w meczu z Kopenhagą, w którym to znów brakowało wykończenia, szybkich decyzji i zimnej krwi. Irytujące zaczyna być niekiedy zachowanie Alvesa i Iniesty, którzy to na siłę starają się szukać w polu karnym kolegów z drużyny, kiedy należy po prostu uderzyć "na pałę" (tak w stylu C. Ronaldo, tylko celniej). Znowu nie przełamał się David Villa i póki co nie udowadnia, że jest tym jedynym, idealnym dla Barcelony napastnikiem. Gorzej, że Villa nie ma tak naprawdę klasowego zmiennika - Nolito dopiero wchodzi do pierwszej drużyny a Bojan...no cóż, nie jestem piewcą talentu młodego Hiszpana - mam dziwne przeczucie, że skończy jak Saviola (odpukać, bo biedak trafił do Realu) - na ławce innego zespołu, jako wielki talent, ale tylko w ktorejś z edycji Football Managera sprzed paru lat. Wiem, że Bojan nabierze jeszcze doświadczenia i pewności siebie, ale obawiam się, że może być to za mało na Barcelonę, skoro już teraz widać, że poza niezłym uderzeniem na bramkę ma tak naprawdę niewiele atutów - obrońców mija z trudem, techniki i szybkości rewelacyjnej nie ma; wydaje mi się też, że czasem brakuje mu kreatywności i instynktu rasowego snajpera. Chciałbym się oczywiście mylić. Tyle dygresji nt. Bojana. Typowym środkowym napastnikiem nie jest też na pewno Messi, którego Guardiola od czasu do czasu ustawia właśnie na tej pozycji. W te rejony boiska został przesunięty również wczoraj, kiedy to w 72 min. na boisku pojawili się Xavi i Pedro zmieniający Maxwella i Ville. Z moich obserwacji wynika, że wygląda to mniej więcej tak - Messi wciąż biega po boisku z tą samą taktyczną swobodą jaką ma na prawym szkrzydle, a Barça gra bez napastnika. Coś w stylu jakiegoś osobliwego 4-3-1-2-0, ze skrzydłowymi w postaci Iniesty i Pedro nie mającymi nikogo przed sobą. Wysoka wymienność pozycji to niewątpliwie bardzo ciekawe posunięcie taktyczne, ale bez przesady - momentami to Iniesta znajdował się najbliżej bramkarza gości! Możliwe, że piłkarze Barcelony pełnię swoich możliwości osiągają właśnie przy dużej swobodzie na boisku, ale wygląda na to, że Guardiola za bardzo chce polegać na samej kreatywności swoich zawodników, szczególnie jeżeli chodzi o grę formacji ofensywnej. Na pewno warto byłoby spróbować zagrać czasem z większą dyscypliną taktyczną, tym bardziej, że po dwóch tłustych latach wszyscy już doskonale wiedzą jak gra Barcelona. To może być jedna z przyczyn, dla której zwycięstwa zaczęły przychodzić Katalończykom z większym trudem, nawet przed własną publicznością. Niestety, nie zawsze da się "wjechać" z piłką do bramki, co Barça usilnie próbuje czynić - ich koronkowe akcje to prawdziwy rarytas dla każdego konesera futbolu, jednak aż dziw bierze, kiedy to zgrabnego podania szuka się nawet na piątym metrze, mając przed sobą tylko bramkarza (vide Pique i Alves w pierwszej połowie).
A jak się ma za dużo pieniędzy...
Według Guardioli powrót skuteczności to tylko kwestia czasu. Jednak chyba on sam zaczął w to wątpić jeszcze przed startem tego sezonu wypożyczając Ibrahimovića do Milanu. Skoro Villa pojawił się w klubie aby załatać lukę spowodowaną odejściem Thierry'ego Henry, to kto ma zastąpić w tym momencie Szweda? Jestem ciekaw, co tak nieodwracalnego stało się na linii Guardiola-Ibrahimović, że były pilkarz Interu nie dostał nawet drugiej szansy, choć na pewno nie można było mówić o jego tragicznym czy zupełnie nieudanym debiucie na hiszpańskich boiskach. Szydercy mogą wytknąć Guardioli, że jeszcze rok temu był gorącym zwolennikiem talentu Ibrahimovica. To on nalegał również na transfer Chygrynskiego, którego w klubie już nie ma (tak jak i kilkunastu milionów euro). Żeby sprawdzic co aktualnie porabia Keirrison czy Cáceres, muszę się udać na Wikipedię. Z kolei Hleb już drugi sezon tuła się po świecie na wypożyczeniach, kiedy to przydałby sie klubowi, nawet jako drugoplanowy zmiennik zmęczonych poprzednim sezonem Iniesty i Xavi'ego. Stanowczo za dużo czasu na ławce spędza za to Bojan i osobiście uważam, że to jemu najbardziej przydałoby sie wypożyczenie.
Eto'o, wróć!
Transfery wydają się nie być mocną stroną trenera Barcelony. Czas pokaże czy w klubie na dłużej zagoszczą Adriano, Mascherano i Villa, którzy łącznie kosztowali ok. 74 milionów euro, czyli prawie tyle samo ile klub zapłacił za pozbycie się Samuela Eto'o. Ostatni sezon dobitnie pokazał, że Kameruńczyk wpasował się do stylu gry Barcelony wręcz idealnie. Biegał i harował za dwóch. Potrafił w polu karnym nie tylko szybko podjąć decyzje o strzale, ale także posłać dokładne prostopadłe podanie. W meczach o najwyższą stawkę rzadko był tym, który zawodził. Sprawdziło się w tym wpadku przysłowie, że lepsze jest wrogiem dobrego - Ibrahimovic nie spełnił oczekiwań, a Villa ma póki co rozregulowany celownik. Skąd pomysł, żeby sprzedawać kogoś, kto strzela bramki w dwóch finałach Ligi Mistrzów? Niektórzy kibice zarzucali mu brak skuteczności - ciekawe jak nazwą obecny stan rzeczy? Przyczyny odejścia Eto'o nie są dla mnie jasne. Jeśli poszlo o pieniądze to serdecznie współczuję tym odpowiedzialnym za pozbycie się Kameruńczyka - podjęli niesamowicie nieopłacalną decyzję. Póki co tylko z finansowego punktu widzenia - mam nadzieję, że nie odbije się ona na sukcesach sportowych klubu w najbliższych latach. Boję się też, że Guardiola stał się poniekąd niewolnikiem ideii Barcelony jako klubu całkowicie samowystarczalnego. Nie potrafię inaczej wytłumaczyć niechęci do sprowadzania zawodników z zewnątrz. Ławka rezerwowa Barcelony jest krótka jak nigdy; w meczu z Majorką nie było tam piłkarza, który realnie mógł odwrócić losy spotkania. Do debiutu w dość niekomfortowych warunkach zmuszony został Nolito. Wprowadzony również Thiago nie był w stanie pociągnąć drużyny. W środę ma lewej pomocy testowany był Maxwell, bo odpocząć musieli Xavi i Keita, a doświadczony brazylijski obrońca był jedynym, który mógł ewentualnie zagrać na tej pozycji. Fakt, że wychowankowie klubu stanowią o sile Barcelony jest niesamowitym powodem do dumy dla każdego fana zespołu, ale bez solidnego wsparcia ze strony piłkarzy, którzy znają coś więcej, niż tylko barcelońskie podwórka i system gry zespołu, walka o najwyższe cele może się w tym sezonie nie powieść. Po tak obfitych w sukcesy sezonach może w końcu zabraknąć elementu zaskoczenia, świeżości czy nawet motywacji, czyli tego wszystkiego, co nie rzadko okazuje się w futbolu kluczem do strzelenia jednej bramki więcej od rywala. Guardiola uparł się natomiast, że jeśli wzmocnić drugą linię, to tylko Fabregasem. A do wzięcia za marne grosze był podobno Özil, który w Realu gra teraz tak, że nikt nie zastanawia się kiedy na boisko wróci Kaká. Nie widzi też potrzeby, aby na stałe przesunąć Ville na środek ataku i znaleźć kogoś na lewe skrzydło.
Zatroskany kibic i tyle.
Nie wiem, co będzie się działo, gdy kontuzji znów nabawią sie Messi i Xavi - tym razem jednocześnie. Obawiam się również, że w klubie zapanuje przesadne samozadowolenie i ślepe przekonanie, że przecież będzie dobrze i że drużynie niczego już nie trzeba. Ogromne europejskie sukcesy zobowiązują do jeszcze dokładniejsz pracy i do podejmowania tylko przemyślanych decyzji. Dlatego ten sezon będzie pewnie najtrudniejszym w karierze Guardioli. Póki co wierzę w każdą jego decyzję, ale nie chcę, żeby przekonał się na własnej skórze, że nie zawsze da się strzelić gola w 90 min. i że nie samych graczy pokroju Xavi'ego produkuje La Masia. Bez odrobiny szczęścia nie da się odnosić sukcesów. Nie można też jednak na nim za bardzo polegać. To dopiero początek sezonu, a do napisania tego tekstu zmotywował mnie wygrany przez Barcelone mecz z Kopenhagą. Ktoś może pomyśleć, że wydziwiam i marudzę - w końcu co mają aktualnie powiedzieć kibice Liverpoolu, Romy czy Bayernu? Mnie po prostu za bardzo zależy na dobrych wynikach ukochanego klubu i wolę dmuchać na zimne zanim będzie za późno.
|
b...@o...2.pl
|